5000 nowiutkich egzemplarzy „Niegrzecznego chłopca” weszło do hurtowni i księgarni

Udostępnij

Zawsze mówię, że moim marzeniem było, aby książki, które piszę trafiały do rąk Czytelników. Największym dla mnie świętem są spotkania i podpisywanie „Elegantek” lub „Niegrzecznego chłopca”.

Jerzy Antkowiak i Agnieszka L. Janas podczas spotkania z Czytelnikami, FashionPhilosohpy Fashion Week, XIII edycji, Łódź 13.11.2015 rok. Fot. Paweł Janas

Jerzy Antkowiak i Agnieszka L. Janas podczas spotkania z Czytelnikami, FashionPhilosohpy Fashion Week, XIII edycji, Łódź 13.11.2015 rok. Fot. Paweł Janas

Premiera książki "Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody", Warszawa 07.10.2015, fot. Paweł Janas

Premiera książki „Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody”, Warszawa 07.10.2015, fot. Paweł Janas

Gdy podczas FashionPhilosophy Fashion Week dowiedziałam się, że zaczyna brakować książek – nie mogłam po prostu w to uwierzyć: „Jak to, zaczyna brakować? Po miesiącu od premiery? Przecież zostało wydrukowane 5000 sztuk w ramach pierwszego nakładu” – wykrzyknęłam zaskoczona. 3 tygodnie temu Bukowy Las oficjalnie poinformował, że pierwszy nakład został wyczerpany i do druku idzie kolejne 5000 tys. sztuk. Właśnie trafiły do hurtowni i księgarni.

Czy można opisać radość, jaka odczułam? Chciało mi się płakać z emocji, przytulałam do siebie książkę, a na koniec wykonałam arie operową „O mio babbino caro” – i dobrze, że moi Czytelnicy tego nie usłyszeli, bo co, jak co, ale śpiewać nie potrafię.

Jerzy Antkowiak zadał pytanie w swoim zakończeniu „Kto to będzie czytał?”. Jak to kto nasi wspaniali Czytelnicy. Proszę bądźcie z nami nadal.

Jerzy Antkowiak, Mińsk Mazowiecki, listopad 2014 rok. Fot. Agnieszka L. Janas

Jerzy Antkowiak, Mińsk Mazowiecki, listopad 2014 rok. Fot. Agnieszka L. Janas

A na zachętę, by nadal odwiedzać księgarnie i kupować książkę – dla siebie, na prezent – zakończenie od Jerzego. Interpunkcja oryginalna.

Jerzy Antkowiak, Mińsk Mazowiecki, listopad 2014 rok. Fot. Agnieszka L. Janas

Jerzy Antkowiak, Mińsk Mazowiecki, listopad 2014 rok. Fot. Agnieszka L. Janas

Rozterki osiemdziesięciolatka spisującego wspomnienia od kołyski do drewnianej jesionki

 jak to? to już koniec …

miałem zamysł, aby się rozwinąć, teraz właśnie teraz na finał, na „grande finale”, ale opadłem z sił, bo zamachnąłem się patetycznie, cały sobą natarłem na jakieś idiotyczne „credo”, a cały czas kiedy to finalne credo płodzę, bębni mi w uszach, oczach i sponiewieranym rozumie taka oto scena: jedziemy ćwierć wieku temu na jakąś modową pojezdkę, opowiadamy w autokarze jakieś dyrdymały i Rafał, niewątpliwie „masterchef” od dowodzenia pojezdkowym nastrojem zwraca się do najmłodszego modela i powiada tak: „młodziak, powiedz wreszcie coś, bo ci zaraz łeb pęknie od uporczywego myślenia”, a młodziak, z tragiczna mina cierpiącego młodego Werthera, mówi co następuje: „co tu gadać, kiedy nie ma o czym mówić”. są świadkowie … było to przez lata nasze modowe credo.

czy ja się kiedyś z tej nieszczęsnej mody wyzwolę, przecież nie ścigam się z żadnymi trendami, mało co mnie obchodzi, co wydukał jakiś stylista, jakieś nieszczęście pod tytułem bloger/blogerka, o jaki ładny rym do „erka”, dla mnie wielcy wielkiej minionej mody są jak Bogowie, a ja miedzy miałkością a wielkością nie jestem żadnym misjonarzem od modowej misji. teraz się zapewne trochę nadymam, ale spokojnie, jeszcze balon nie pęka, ja też nie pękam tylko tak sobie pisze trochę wężykiem. niedouki zapewne tego dania (czytaj tej książki) nie przełkną, ale gdyby, uchowaj Boże przełknęli, bez urazy dla delikatnego gardziołka i małego rozumku, to jak sobie klikną, to się dowiedzą o co chodzi z tym „wężykiem”.

Kiedy moja pani pisarka, tak w domu nazywamy z Panią Daną nasza fertyczną, rozszczebiotaną Agnieszkę Janas, zadała mi ostatni, finałowy cios, że mam napisać ostatni rozdział, co zabrzmiało jak „ostatnia posługa” wymyśliłem sobie tytuł godny tym razem starego Werthera „Rozterki osiemdziesięciolatka spisującego wspomnienia od kołyski do drewnianej jesionki”. Tę jesionkę drewnianą z drewnianymi rękawami wymyśliłem sobie u schyłku (no proszę bardzo, jak jesionkowo) XX wieku, jako zemstę odzieżowca na grabarzach. Rękawy wprawdzie modne, kimono lub 7/8, ale grabarze lamentują: „przecież toto nie da się jak wpuścić w żaden dołek, skaranie boskie z tymi pajacami od mody”…

z zaświatów wracam do rzeczywistości, a ona ta rzeczywistość, taka jakaś wyleniała. Chwała Bogu, że mam od kołyski skłonności do konfabulacji, więc ja jakoś upiększam, czasem mam w jednej opowieści ze trzy Rashōmony, w które wierzę, a najbardziej kocham, jak wierzą słuchacze, lub czytelnicy, bo konfabuluję delikatnie, a prawda jest tylko trochę ładniejsza prawda i nie wygląda, broń Boże, jak Liberace po liftingu. młodzi fetyszyści teraz klikać: Kurosawa, Liberace i może jeszcze Szekspir, bo będzie jeszcze o grabarzach, ale na wesoło …

co tu pisać, kiedy nie ma o czym fantazjować. Fantazjować, to jest bardzo o czym, tylko ba, jak to napisać, żeby nie wyszła kiszka z wodą.

w tych rozterkach starego odzieżowca też zapewne co nieco nafantazjowałem, bo może wcale nie pestki słonecznika tylko dyni to był mój okupacyjny handelek i czy do wielkiej Jadwigi Grabowskiej wtargnąłem za kulisy po obejrzeniu pierwszego w życiu pokazu mody, czy raczej na ugiętych nogach z bełkotem o „powołaniu” i nadciagającą niechybnie sraczką, a też i wiele różnych ciekawostek mi umknęło, jak ta, kiedyś w Paryżu na rogu avenue Montaigne i rue Francois I rozmawiałem z projektantem ze Skandynawii Per Spook’em i przechodził obok Roman Polański i już się miałem kłaniać, ale natychmiast ostre hamowanie;  Polak? Z Warszawy? na pewno nie ma pieniędzy i nie ma gdzie mieszkać … taka jakaś durna polska psia mać. zresztą unikałem, poza przyjaciółmi, Polaków przypadkowych, raz miałem misję „pod kościół polski” , a byłem po pokazie Coco Chanel , rue Combon nieopodal świątyni oklejonej częściowo nietrzeźwą klientelą, radościom nie było końca: „zobacz skubanego, jak się odp …”, to i tak wersja mocno ugrzeczniona. i takie różne, ten Paryż ruchomy ciągle …

no skoro tak, to wyznanie. taki falujący tłum popaprańców, obserwowany z kafejki znad lampki wina (denne mei vin rouge, mais ordinaire, tego zdania nauczyła mnie Małgosia Krzeszowska, kiedy jako zupełna niemota leciałem z Grabolką i modelkami do Paryża do Olimpii) zawsze mnie bardziej ekscytował niż turyści na Champs Elysees, dlatego z miejsc nie należących do najgrzeczniejszych uwielbiałem siadywać przy piwku, winku i obowiązkowo piersiówką przy Placu Clichy. Siedziałem tam zawsze cały „dziwiętnastowieczny” i tam miałem najpiękniejsze, wcale nie modowe, przygody. Tam poznałem Andrzeja Glegolskiego, wybitnego tancerza i choreografa  i co się okazało? „kumpelą” Andrzeja okazała się być moja córka Dominika, która wtedy „tańcowała” z cała młodzieńczą pasja w Polskim Teatrze Tańca Conrada Drzewieckiego, w paryskim Theatre des Champs Elysees. I na magicznym Place de Clichy miałem swoja najbardziej niesamowitą przygodę … wrocławską. Jest w Paryżu Pantomima Wrocławska Henryka Tomaszewskiego, a ja na tym placu w kafejce, o wdzięcznej nazwie „Bistro de cinema” (jeśli przekłamują nazwę to bogowie mi odpuszczą)ze znajomym pantomimistą, co to się kiedyś w Modzie Polskiej stroił na jakieś zagraniczne podboje. Coraz więcej tych kochanków pantomimy, bajdurzymy o byle czym, pogodzie, modzie, Paryżu, podchodzi do mnie chłopak o urodzie rasowego Indianina, powiada, że słyszy jak dobrze mówię po francusku (a ja w tym czasie bestialsko morduje ten piękny język) i prosi o pomoc przy zakupie jakiś elektronicznych dziwadeł (ja i elektronika). To Leszek Rosołek, ”kulka śniegu” (w finale sztuki stał nagi i padał na niego „śnieg”, z którego toczył w rękach kulkę śniegu – red.) z Rycerzy Króla Artura, przyjaciel później mój i Pani Dany i Mody Polskiej, która w drodze na Targi Lipskie baluje w ogrodach wrocławskiej siedziby Pantomimy. Ach (teraz patetycznie) ten mój cudowny Wrocław w równie magicznym, tajemniczym i zaskakującym Paryżu. Czy to nie piękna bajka?

pisze ten finał finałów mocno rozkojarzony, podniecony wspomnieniami, wkurzony na samego siebie, że wymyśliłem tę kretyńską pretensjonalność pisania z małej litery, że to niby takie post scriptum drugiej świeżości , zupełnie jak ja. Pretensjonalny? Wszystko tylko nie to. Ponieważ nie znoszę ciszy, więc pisze to co teraz piszę na jakiejś serbskiej maszynie do pisania , z takimi ciekawostkami jak „ě, ř, ů, ý, ž” itp., słucham w radiowej Dwójce Jerzego Kisielewskiego, gra stary patefon i pięknie trzeszczą winyle, a w telewizorze leci „Zaręczony, wyręczony”. jakby mało było tego rozgardiaszu , który uwielbiam, jak cokolwiek piszę, żeby się tak nie zamykać w jakimś kokonie quasi uduchowienia, w tym „zaręczonym” gra Dawid Antkowiak, który ma ojca geja, a kochanka geja gra? no któżby inny … jak „mój” Leszek Rosołek. koniec świata w głowie mi się kręci, jaka szalona dramaturgia tego „grande finale”, to dobry Pan Bóg to wszystko w gwiazdach nanizał na jedna niteczkę.

mój Paryż z Diorem, Yves Saint Laurentem, Ungaro, Balmain, Chanel, Avenue Montaigne, Clichy, Bulwary i nocne łazęgi po Dzielnicy łacińskiej. mój Wrocław z uczelnią na Placu Polskim, akademik na Henryka Pobożnego 9, Świdnicka, Krzyki i przyjaciele: Teresa Włodarczykowa, Basia i Michał Jędrzejewscy i wielu, wielu innych, Pani Dana na Moście Uniwersyteckim i moje dyplomowe „Zakonnice” z Ostrowa Tumskiego, cholera jasna, jak ten zwariowany potok czasu leci.

Do Wrocławia przyjechałem osiemnastolatkiem , pisze w tym miłym mi dziwakowi jazgocie osiemdziesięciolatkiem będąc i jakoś na tym moim paliwie życia (spokojnie to jednak w przewadze tylko winko czerwone, wiadomo chic parisien) pamięć mi dopisuje. Nie klikam, bo pamiętam, moje różne przyjacioły klikają, smartfonują, logują i Bóg wie co tam jeszcze (musze być trochę kawał starego złośliwca) ale nic nie pamiętają.

no to kończ waść, oszczędź dłużyzn czytelnikowi, a właśnie, właśnie czytelnikowi. kto to będzie czytał? nie celebrytki z pierwszych rzędów rewii mód (ten Antkowiak taki niemodny, taki nie cool, a co on właściwie takiego …), nie lud pracujący miast i wsi, bo ten myśli, że to ja śpiewam ten „zakazany owoc” i się szpetnie i przedwcześnie postarzam. nie uchowaj Bój dizajnerzy, stliści i instalatorzy mód wszelakich (kto to jest ten Antczak, przegrana karta), bo gdyby doszło do czytania tych herezji o modzie nie z naszej bajki … no więc kto starsze panie, babcie wnuczkom, żeby zachęci i babcie wnukom, żeby przestrzec, klientki Mody Polskiej, zwłaszcza te, które pięknie chomikują, a których wnuczki mi mówią: panie Jerzy moja babcia to ma jeszcze pana trapez pięknego flauszu i kostium z baskinką, to moi czytelnicy flagowi.

a poza tym niech czytają i to w dużych ilościach wszyscy, którzy od lat mi smędzą , czemu ty Antoś, do jasnej cholery (albo i dosadniej) nie napiszesz wreszcie porządnej książki , przecież tyle w tej modzie nawywijałeś no i jest porządna książka, porządne, a nawet wytworne wydawnictwo „Bukowy Las” i jakoś tak dziwnie też z Wrocławia – czego chcieć więcej.

kombinowałem żeby zakończyć jakimś pieprznym kawałem, ale moja pani pisarka, pani Agnieszka z wdziękiem i prawdziwie kobiecym talentem położyła na łopatki mój dowcip o heblach, więc się wycofuję. ale nie byłbym sobą gdybym nie zakończył tego wielce poważnego dzieła, księgi uczonej niesłychanie, w sposób mało poważny, czyli tak jak lubię. otóż płodząc tę epistołę, w tym moim ukochanym zgiełku, rozgardiaszu, kakofonii obrazu, muzyki, wspomnień i myśli zbereźnych , jak na niegrzecznego chłopca przystało, żeby się już zupełnie odbrązowić i pokazać „naga prawdę” oznajmiam, że cały czas pisząc mocze nogi w aromatach pachnących soli do stóp. kreator z nogami w miednicy, toż to prawdziwa karykatura kreatury woła chór celebrytów. Na zdrowie.

Jerzy Antkowiak.

P.S.

A niech tam, modowe celebrytki ze zwykłego snobizmu niech też czytają.

J.A.”

Jerzy Antkowiak, Mińsk Mazowiecki, listopad 2014 rok. Fot. Agnieszka L. Janas

Jerzy Antkowiak, Mińsk Mazowiecki, listopad 2014 rok. Fot. Agnieszka L. Janas