Dziecko Powstania, bikiniarz, dźwiękowiec w „Trójce” – mój Teść Ryszard Janas

Udostępnij

Ryszard Janas - kochający mąż i ojciec, wzór mężczyzny dla mojego Męża. Urodził się w 1933 r., w rodzinie, która wtedy od 5 pokoleń żyła w Warszawie. Mieszkał na dawnej ulicy Piusa, dziś część Poznańskiej.  W czasie Powstania Warszawskiego 63 dni przetrwał w walczącym mieście. Ukończył studia na Wyższej Szkole Inżynieryjnej w Warszawie. Dużą część życia zawodowego związany był z ”Trójką”, gdzie był m.in. członkiem zespołu, który uruchomił, wg ich autorskiego pomysłu, nadawanie dźwięku w systemie stereo.  

„Moja mama Stanisława, gdy była młodą dziewczyną, odbyła naukę w zakładzie gorseciarskim. Potrafiła uszyć każdy rodzaj bielizny, ale także sukienki, bluzki. Nie znała natomiast krawiectwa ciężkiego. Gdy wyszła za mąż i urodziła dwójkę dzieci przestała szyć zawodowo, ale w domu zawsze była maszyna do szycia i wykorzystywała ją do obszywania naszej rodziny. Szyła także dla sąsiadek i innych pań, które przychodziły do domu na przymiarki. Zapamiętałem to, bo byłem wtedy wyrzucany z domu, aby panie mogły swobodne się rozebrać. Mieszkanie było małe i mama nie miała jakiegoś specjalnego pomieszczenia do szycia. Moja rodzina nie była zamożna, tata najpierw był majdaniarzem – rozwoził rowerem gazety po kioskach, potem prowadził kiosk z prasą, papierosami, drobnymi rzeczami. Byłem za mały, aby pamiętać wiele szczegółów, ale na szczęście zachowały się zdjęcia z czasu przed wrześniem 1939 roku. Na jednym z nich jestem z siostra, oboje mamy modne wtedy okrągłe kołnierzyki.

Ryszard Janas 1

Ryszard Janas z siostrą. Zdjęcie pochodzi prawdopodobnie z 1935 roku.

W czasie wojennej komunii, do której poszedłem w kościele na Placu Zbawiciela jako jedyny chłopiec z naszej klasy miałem białe ubranko. Rodzice zdobyli dla mnie ten piękny garniturek po innym dziecku.

 Ryszard Janas 2 Ryszard Janas w czasie wojennej I Komunii Świętej w niezwykle oryginalnym białym garniturku.

W 1939 roku mój Ojciec Piotr został zmobilizowany i walczył w Kampanii Wrześniowej, w czasie której został ranny bagnetem i z pola walki został zabrany do obozu jenieckiego dla podoficerów – stalagu. W domu nastały ciężkie czasy, aby nas utrzymać, Mama wróciła więc do wykonywania zawodu gorseciarki i szwaczki. Miała talent – szyła nowe ubrania, ale przede wszystkim przeszywała i nicowała, potrafiła ze starego ciucha uszyć całkiem przyzwoitą odzież. Korzystaliśmy z tego także my. Było biednie, ale dzieci nie miały wtedy jakiś większych potrzeb ubraniowych. Chodziło o przeżycie, a nie o modę. Praca Mamy pozwoliła nam przetrwać do powrotu Taty do domu w 1942 roku. Został on zwolniony ze stalagu ze względu na zły stan zdrowia po wykonaniu na nim serii doświadczeń medycznych. Był przez Niemców operowany, ponieważ ćwiczyli na nim swoje zdolności chirurgiczne. Gdy wrócił, mimo choroby, zajął się utrzymywaniem naszej rodziny i prowadził kiosk. Mama nadal szyła dla nas i dla sąsiadów.

Moje okupacyjne wspomnienie „odzieżowe”, coś co wryło mi się w pamięci związane jest z publiczną, zbiorową egzekucją zakładników – Warszawiaków na ulicy Pięknej, naprzeciwko naszej szkoły, w zemście za zamach na Kutscherę. Trafiłem na to przypadkiem latając po lekcjach z chłopakami po Śródmieściu. Widziałem ją z daleka … właściwie to głównie słyszałem strzały, bo zostaliśmy przez kogoś pogonieni i zmuszeni do schowania się w bramie. Jak raz w tym samym czasie moja matka odebrała od żołnierza używany mundur moro. Sprzedał go jej Niemiec, który handlował papierosami i innymi rzeczami  z moim tatą. Matka chciała go ufarbować i uszyć z niego jakieś ubrania dla nas. Spakowała go do torby. Gdy wracała do domu, w tym samym czasie na miejsce egzekucji zaczęli się schodzić Warszawiacy, kłaść kwiaty, palić lampki. Powstał tam cały cmentarz. Jak matka wróciła do domu, to w zasadzie nie dałem jej wejść, tylko od progu poprosiłem ją, abyśmy tam poszli. Gdy podeszliśmy w to miejsce, to okazało się, że już tam są gestapowcy, którzy zdążyli wszystko powyrzucać. Halt! Halt! Wepchnęli nas do ciemnej bramy, w której stali już ludzie twarzami do ściany. Matka wystraszyła się, bo miała w torbie ten mundur i zaczęła na mnie krzyczeć. Zwróciła w ten sposób ich uwagę na nas. Zaczęła im coś tłumaczyć, że przechodziła tędy wracając z dzieckiem do domu.  Wyrwali jej torbę i zaczęli w niej bobrować.  Było ciemno, a oni raczej w niej macali niż oglądali, więc nie rozpoznali trefnego towaru. Ponieważ nie dostrzegli ani kwiatów ani świecy więc uwierzyli matce i nas wypuścili. Pamiętam, że matkę mocno popchnęli, aby się „pospieszyła”, a ja dostałem silnego kopa. Dopiero w domu dowiedziałem się, co było w torbie. Z munduru powstały ubrania.

Mieliśmy wiele szczęścia – całą czwórką przeżyliśmy Powstanie Warszawskie. Jeszcze przed wojną zamieszkaliśmy w ścisłym Śródmieściu, w kamienicy przy ulicy Piusa XI (obecne stałaby na rogu Poznańskiej i Pięknej), prawdopodobnie dlatego ocaleliśmy, bo do ostatnich dni ta część miasta była w rękach Powstańców. Choć pamiętam toczące się o nią krwawe walki. Po podpisaniu kapitulacji Niemcy nakazali nam, Warszawiakom, opuścić miasto pod groźbą kary śmierci. Pamiętam jak ciężko było porzucić całą chudobę. W tobołach, którymi były związane w węzeł zwykłe, białe prześcieradła, wynieśliśmy to, co udało się w nich schować. Było tam trochę odzieży: portki, bluzki, bielizna na zmianę, ciepłe palta, bo przecież był październik, pościel, ale także albumy ze zdjęciami, dokumenty i to, co rodzice uznali za cenne. Najbardziej żałowałem, że nie mogłem zabrać ukochanych ołowianych żołnierzyków, rodzice się na to nie zgodzili, bo były bardzo ciężkie do dźwigania. Każdy z nas niósł taki tłumok na plecach. Nadal nie opuszczało nas szczęście – mój Tata wyniósł z domu złote ruble, którymi wykupił całą naszą rodzinę z marszu do obozu w Pruszkowie. Pilnujący ludzi wermachtowiec umożliwił nam za nie ucieczkę z transportu. Uciekaliśmy nocą przez pole, zasłaniając sobą i ubraniami te białe tłumoki, aby nas nie znaleźli Niemcy, gdy zorientowali się, że brakuje ludzi i rozpoczęli poszukiwania. Na szczęście nie mieli psów. Zatrzymaliśmy się w Brwinowie. Stąd Tata zaraz po zdobyciu miasta  w styczniu 1945 roku wyruszył do Warszawy, aby zobaczyć, czy nasz dom ocalał. Był w gruzach, jak całe miasto. Jednak mimo wszystko rodzice mieli już dość mieszkania w Brwinowie i podjęli decyzję o powrocie do Warszawy. Zamieszkaliśmy na Mokotowie u dawnej klientki mojego Taty z czasów jego pracy w kolportażu. Jej mieszkanie ocalało, i aby zapobiec przymusowemu dokwaterowaniu całkiem sobie obcych ludzi, zaprosiła nas. Zaczęła się odbudowa miasta, a wraz z nią rozwój typowej przedsiębiorczości Warszawiaków. Niemalże na gruzach powstawały stragany z ciuchami, potem zaczęły działać regularne bazary na Pradze. Zbiegło się to z początkami mojego zainteresowania ubieraniem się i modą. Kupowałem od handlarzy z amerykańskich paczek: spodnie – w tym ulubione jasnobłękitne, które miały pierwszy suwak w rozporku zamiast guzików, marynarki w drobną beżową krateczkę, koszule. Jak miałem trochę pieniędzy  - to wydawałem je na to, co mi się podobało. Nosiłem modne buty ze sztuperem*, które nazywane były wtedy tyrolkami. To nie były buty wysokiej jakości, bo choć wierzchy miały skórzane, to podeszwa wykonana była z grubiej tektury. Skąd to wiem? Raz coś trzasnęło mi w bucie, gdy wyjąłem wkładkę, aby sprawdzić co się stało –  znalazłem w środku złamaną dyktę! Takie eleganckie buty do trumny.

Spodnie obowiązkowo musiały być krótkie, do kostek i wąskie, aby były widoczne buciki i oczywiście SKARPETKI. Te MUSIAŁY być KOLOROWE w PASKI. Takie skarpety były robione na drutach, czy na ocalałych maszynach dziewiarskich i pełno ich było na straganach. Szły jak woda! Oczywiście, w sklepach niczego takiego nie było.

Podziwiałem warszawskich bikiniarzy: byli starsi ode mnie, kolorowo ubrani, trzymali fason. Chciałem się do nich choć trochę upodobnić. Wtedy w handlu można było kupić krawaty-krajki: wełniane w paseczki brązowo-żółte. Tymczasem bikiniarze nosili na krawatach rozmaite wzory: dziewczyny, papugi, małpy. Takie krawaty można było kupić na bazarach, jednak drogo kosztowały, więc nie było mnie na nie stać. Ale … Zawsze lubiłem malować i dobrze mi to wychodziło. Mam wyrobioną rękę – zanim skończyłem studia pracowałem m.in. jako kreślarz. Postanowiłem więc, że sam sobie go zrobię. Kupiłem normalny, bordowy krawat w sklepie, na nim farbami olejnymi wymalowałem, kopiując gdzieś podpatrzony wzór, papugę w pięknych kolorach: czerwonym, zielonym … Krawacik miałem więc pierwsza klasa! Tak wystrojony chodziłem na zabawy. Trzeba było ubrać się stosownie, bo przecież podrywało się szykowne  dziewczyny! Popisywaliśmy się także z chłopakami między sobą. I rywalizowaliśmy ze sobą.

Ryszard Janas 3

Szykowna dziewczyna, która skradła serce warszawiaka. Elżbieta Adamczyk, Lusia. Zdjęcie zrobione w Turku w mieście, gdzie do pracy do zakładów „Miranda” produkujących tkaniny pojechał Ojciec Lusi. Pracował w nich jako projektant wzorów tkanin.

Jedna z najlepszych zabaw odbywała się na przystani nad Wisłą, organizowaliśmy też potańcówki w naszej szkole Telekomie, czyli Technikum Telekomunikacyjnym, chodziło się również „na dechy”, na których do tańca grały popularne wówczas zespoły jak np. „Pinokio”. Tańce były niesamowite: skakane, przeplatane, z przytupywaniem nogą w specjalny sposób, kręceniem dziewczynami … To jeszcze nie był czasy twistów czy rock-n-rolli. Dobrze tańczyłem, ale nie tak jak niektórzy tancerze – naprawdę zadziwili innych swoimi ujemnościami. Wszyscy ich znali w Warszawie, bo popisywali się na zabawach w różnych miejscach.

Nie wszystkie te wyprawy były bezpieczne. Raz miałem nieprzyjemne zdarzenie na Pradze. Pojechałem tam, namówiony przez kolegę, w większej grupie z koleżankami. Wszystko było dobrze do rana, kiedy to dostałem takie wciry … Wychodząc z imprezy przypadkowo wlazłem w środek bójki, która tradycyjnie rozgrywała się na zakończenie imprezy. „Skąd jesteś?”. „Z Mokotowa!”. I już nic nie pamiętam. Od razu w dziób dostałem. Nie wiedziałem, że na Mokotowie na Różanej podczas zabawy łobuzy z Mokotowa pobiły chłopaków z Pragi. Ci poprzysięgli zemstę. No i właśnie się zemścili. Na pewno nie pomogło mi też to, że byłem inaczej ubrany: wąskie, spodnie, szeroka marynara, krawat w papugę. A oni tak bardziej jak gawrosze, po „prasku”. Choć generalnie moda w Warszawie wszędzie była mniej więcej taka sama. Do najgorszych bijatyk na zabawach dochodziło na Śródmieściu i na Woli, w czasie potańcówek organizowanych w zajezdni na Marynarskiej. Raz uciekaliśmy stamtąd pędem do pierwszego lepszego tramwaju. Na każdej zabawie było dużo milicjantów po cywilnemu, udawali, że normalnie się bawią, ale gdy tylko przyjeżdżała milicja wezwana do bijatyki – wskazywali prowodyrów. My, w miarę spokojni chłopcy, mądrzy po szkodzie, przyjęliśmy w pewnym momencie zasadę, że nigdy nie czekamy do końca. Dla własnego bezpieczeństwa wychodziliśmy wcześniej. Działało.

Na pierwszą randkę z Elżbietą poszliśmy na potańcówkę do lokalu przy Placu Małachowskiego. W podziemiach była urządzona sala z obrotową, sceną dookoła której znajdowały się małe loże dla dwóch par. Byliśmy razem z moim najlepszym kolegą. Lubiliśmy tańczyć rock-n-rolle w Stodole, sławnym klubie studentów Politechniki, do którego chodziliśmy w sobotę lub w niedzielę. Bywaliśmy razem na balach sylwestrowych na Politechnice w Auli Głównej. Wśród studentów popularne były wówczas także bale gałganiarzy. Wybraliśmy się na jeden z nich do Stodoły. Wymyśliłem jak się odstawić: założyłem sweter, który kiedyś przez niedopatrzenie przypaliłem żelazkiem i chyba zapomniałem go wyrzucić. Na środku piersi miałem wypalone całe żelazko. Do tego sprane i mocno przykrótkie już spodnie. W życiu bym tak nie wyszedł na ulicę, ale na balu gałganiarzy byłem stosownie ubrany. Elżbieta została moją żoną. Ponad 50 lat jesteśmy razem, a to wszystko wspominam tak, jakby miało miejsce dopiero co.

Ryszard Janas 4 W dniu ślubu. Narzeczona Lusia (uczesana w charakterystyczny kok, kreski wokół oczu precyzyjnie wykonał Rysiek) wiąże muszkę. Marynarka od trzyczęściowego garnituru wisi na wieszaku za panną młodą.

Ryszard Janas 5

Białe spodnie chinosy nie są „wynalazkiem” ostatnich lat. Tak samo jak koszula w kratę z długimi, podwijanymi rękawami. Wzór letniej elegancji rodem z 1958 roku.

Fragmenty wspomnień Ryszarda Janas pochodzą z przygotowywanej do druku mojej książki „Dandysi i dżentelmeni”. Premiera planowana jest na jesieni tego roku.