Moda i medycyna

Udostępnij

Choćby w najcieńszej igle krawieckiej ucho musi być szersze od nici. Chirurgia to często szycie prostym ściegiem krawieckim. Jednak wykorzystanie takiego narzędzia oznacza powiększanie „dziur” w tkankach. Co zatem jeśli dotyczy to np. niewielkich naczyń krwionośnych czy nerwów? Do tego celu wynaleziono igłę atraumatyczną, której konstrukcja sprawia, że jest ona grubości nici. W połowie lat 60. XX wieku w komunistycznej Polsce była narzędziem, o którym się czytało i które widziało się na stypendiach na Zachodzie. Igłę taką skonstruował ówczesny dr nauk medycznych Antoni Jan Dziatkowiak po powrocie z rocznego stypendium w Texas Medical Center, światowego centrum chirurgii serca i płuc.

„Śmiało mogę powiedzieć, że całe swoje życie zajmuję się szyciem, tkaninami, nićmi. Praca chirurga polega też na szyciu”**

Od wczesnej młodości do działania popychała go potrzeba „odepchnięcia się od biedy”. To motywowało go do nauki i pracy. One zaś sprawiły, że niósł bezcenną pomoc ciężko chorym. Wczesne dzieciństwo i młodość spędził w biedzie. Groziło mu realne niebezpieczeństwo utraty życia. Profesor Antoni Jan Dziatkowiak jest nie tylko wybitnym kardiochirurgiem i naukowcem, ale także intelektualistą i wytrawnym „Elegantem z Mosiny”.

Z Rogaczewa w świat

Urodził się 21 maja 1931 roku w Rogaczewie Wielkim w Wielkopolsce w rodzinie wywodzącej się z chłopów folwarcznych. Ojciec wybił się i dzięki zdobytej wiedzy pracował jako urzędnik gospodarczy. Niestety kryzys w latach 1929 – 1933 sprawił, że stracił pracę. Za pożyczone od rodziny pieniądze Dziatkowiakowie kupili w 1934 roku spłachetek nieurodzajnej ziemi na przedmieściach Mosiny koło Poznania. Założyli niewielki ogród i wybudowali dwuizbowy dom.

„Był ogrzewany jednym piecem kaflowym. Wieczorem w mieszkaniu był ukrop, a rano na szybach osiadał szron z wzorami bajecznych kwiatów, palm i gwiazd. Corocznie na wiosnę trzeba było malować wapnem ściany pokoi, a zwłaszcza te od strony północno-zachodniej, ponieważ zacieki po szronie w narożnikach brzydko brązowiały i śmierdziały pleśnią.”*

Antek zapamiętał starania rodziców o zapewnienie bytu rodzinie, ich ciężką pracę, w którą był włączany w miarę jego możliwości. Mimo trudnych warunków życia był dzieckiem zadbanym, ulubieńcem matki. Na obraz rodziców składa się wiele wspomnień, w tym ich wygląd.  A także nauka schludności. Postrzega w tym źródło swojego późniejszego zainteresowania elegancją oraz umiejętność budowania odpowiedniego wizerunku stosownego dla pozycji zawodowej.   

„Ludzie na wsi ubierali się skromnie, czysto i praktycznie. Mama nosiła strój gospodyń: długi kaftan, spódnicę układaną w fałdy, na to biały fartuch, od święta ozdabiała szyję koralami. Ojciec przed wojną był urzędnikiem gospodarczym. Jak na owe czasy ubierał się elegancko: nosił kożuchy,   elegancką jupkę, ciemne ubranie. W pewnym momencie miał nawet pelisę, czyli płaszcz na futrze, co było wtedy symbolem powodzenia w życiu. W mojej rodzinie nie  tolerowano chodzenia niekompletnie ubranym, czy nieumytym. Wieczorem, przed pójściem spać, nasza odzież musiała leżeć przy łóżku złożona w kostkę w takiej kolejności, w jakiej będzie się ją rano zakładało. Na wierzchu znajdowała się więc czysta bielizna,  koszula i skarpety. To jest pedanteria, która sama w sobie nie ma żadnej wartości, ale jak się wtłoczy dziecku do głowy zamiłowanie do porządku, to ono procentuje w życiu dorosłym.”**

Antoni Dziatkowiak 6

Prof. doc. dr hab. medycyny Antoni Jan Dziatkowiak z mamą

Pierwszym krokiem odpychania się od biedą była szkoła powszechna. Ulubieniec nauczycieli szybko zorientował się, że jego schludny wygląd i zamiłowanie do estetyki, pomaga mu w życiu.

„W pierwszej klasie szkoły podstawowej naszą wychowawczynią była pani Urszula Płatkówna, postawna blondyna, która bardzo mnie lubiła i mi to okazywała. (…) Ta sympatia nauczycielki sprawiała, że nie wyobrażałem sobie, że mógłbym pójść do szkoły brudny i niechlujny – byłem przecież ulubionym uczniem i nie mogłem ani jej ani sobie przynieść wstydu.”**

Dramatycznym wspomnieniem kilkulatka z czasów II Wojny Światowej są aresztowania sąsiadów oraz wywózka ich dzieci do obozów. W czasie jednej z takich akcji w 1943 roku przeprowadzono masowe aresztowanie kobiet. Do obozów koncentracyjnych trafiły 163 kobiety, wróciły 23. Zapamiętał także zabicie przez Niemców wszystkich psów w okolicy, w tym ulubionej Psotki Dziatkowiaków.

„Okazało się, że była to akcja pozyskania skór na zimową odzież dla żołnierzy na froncie wschodnim. Takie wojskowe kurtki porzucone w styczniu 1945 roku przez uciekających niemieckich żołnierzy znajdowałem w zagajniku przylegającym do naszej dzielnicy Nowe Krosno. Niemcy wybili u Polaków wszystkie psy w całym Warhegau. Wioski i miasta w nocy były owładnięte martwą ciszą, co nie było bez znaczenia. Bowiem gdy w nocy niespodziewanie przyjeżdżało po kogoś gestapo, to psy robiły hałas i niektórzy zdążyli zbiec”*

 W czasie II Wojny Światowej był w największym okresie wzrostu. Najmłodszy w rodzinie  wszystko musiał nosić po bracie. Były to już rzeczy znoszone, wyświecone. Nie do przyjęcia. W domu była maszyna do szycia Singer. Nie było to nic nadzwyczajnego, ponieważ w Mosinie na maszynie szyła większość kobiet, także jego mama, babcia, ciocia. Maszyna okazała się rozwiązaniem problemu z garderobą.

„Jako chłopiec potrafiłem spruć ubranie całkowicie, wyprać, wyprasować i sam sobie na maszynie uszyć z tego pasujące na mnie np.: marynarkę, spodnie, koszulę. Dzięki nabytej umiejętności wynicowywałem sobie ubrania po bracie. I dopiero wtedy mogłem je włożyć i pokazać się ludziom na oczy.”**

Po wojnie Antek Dziatkowiak dostał się do bardzo dobrego prywatnego gimnazjum koedukacyjnego w Mosinie założonego przez burmistrza Macieja Nowaczyka. Powstało ono dla miejscowej młodzieży, w tym dla jego dwóch córek Wandy i Haliny, by mogły się uczyć w rodzinnym mieście i nie musiały dojeżdżać koleją do Poznania. Było to bardzo niebezpieczne dla młodych dziewcząt, ze względu na obecność armii radzieckiej. Przez dwa lata konkurował z najlepszymi uczniami o palmę pierwszeństwa. Jego ambicje bardzo wspierali rodzice.

„W gimnazjum zacząłem się elegancko ubierać, bo chciałem się podobać koleżankom, a dziewczyny bardzo o siebie dbały. Dlatego nauczyłem się prasować spodnie – po poznańsku na „bigiel” czyli na osty kant. Nikt mi nigdy spodni nie prasował!”**

 Profesor doc. dr hab. medycyny Antoni Jan Dziatkowiak w wieku szkolnym

Prof. doc. dr hab. medycyny Antoni Jan Dziatkowiak  w wieku szkolnym

Zrobił „małą maturę” … W 1949 roku do szkoły wkroczyli przedstawiciele reżimu komunistycznego i zamknęli ją pod zarzutem „reakcyjności”. W niezwykle trudnej, wręcz niebezpiecznej, sytuacji znaleźli się nauczyciele i uczniowie. Groziły im wilcze bilety, a co najmniej trudności w znalezieniu pracy i szkół. Pod znakiem zapytania stanęła edukacja dwóch synów Dziatkowiaków. Bracia mieli jednak szczęście. Jeden z nauczycieli postanowił wybijających się uczniów zawieść do liceum im. Karola Marcinkiewicza w Poznaniu, gdzie miał znajomego. Był tylko „mały” problem: ciągnęła się za nimi opinia uczniów wrogiej klasowo szkoły. Na szczęcie kapelan „Marcinka” wpadł na pomysł, jak dorobić im słuszne pochodzenie klasowe, które to niwelowało. W czasie wypisywania danych osobowych przez sekretarkę przy rubryce „pochodzenie społeczne” ksiądz kapelan przeprowadził dochodzenie …

„»A z czego wy się teraz utrzymujecie?« Zgodnie z prawdą powiedziałem, że z uprawy kwiatów, warzyw i owoców i innych płodów rolnych w ogrodzie. »A duży jest ten wasz ogród?« Około 33 arów »To dobrze – powiedział – rolnik z powierzchnią gruntów 0,33 ha«. Było to zgodne z prawdą, ale ze znaczenia tej prawdy nie zdawałem sobie w tym momencie sprawy. (…) Wpis pochodzenia społecznego „rolnik” z tak małym areałem uprawy zakwalifikował nas do »słusznej klasy małorolnego chłopa«. Pochodzenie stało się więcej niż poprawne i dyrekcja mogła się poszczycić wyższym wskaźnikiem właściwego pochodzenia społecznego uczącej się młodzieży”*

Antoni Dziatkowiak 7

Prof. doc. dr hab. medycyny Antoni Jan Dziatkowiak z koleżankami ze szkoły

Miłość i medycyna

Po maturze zdecydował się na studia medyczne. Naukę kontynuowało już jego starsze rodzeństwo. Dla biednej rodziny mogło się to okazać trudne do udźwignięcia. Postanowił więc wyjechać na stypendium do Czechosłowacji w ramach porozumienia krajów demokracji ludowej.

 „Wyjazd na studia związany jest także z modą, ponieważ zostaliśmy przez władze jednolicie  ubrani, aby stosownie wyglądać i dobrze prezentować się w zaprzyjaźnionym państwie. Dostaliśmy do Centralnego Domu Towarowego w Warszawie kupony i każdy mógł kupić za nie: koszulę, garnitur,  buty, skarpety, płaszcz oraz kapelusz lub czapkę, a także papierową walizkę. W sklepie był już prikaz partyjny, aby nas odpowiednio ubrać. Na stoisku wszyscy mężczyźni dostali brązowe marynarki w jodełkę i brązowo-beżowe ciepłe płaszcze. Ale mnie się te kolory nie podobały. Mówię więc do sprzedawcy: „Obywatelu kierowniku!  Poproszę dla mnie tę granatową marynarkę i tamten płaszcz w szaro-granatową jodełkę.” Jako jedyny z całej grupy byłem inaczej ubrany. Jak szliśmy na wykłady to się wyróżniałem. Nie chciałem urawniłowki, gnębiło mnie takie podciąganie wszystkich pod jeden wzorzec i unikałem tego.”**

 Po roku kontynuował studia w Poznaniu. U jego boku była piękna dziewczyna Hania Woch – obecnie profesor dr hab. medycyny Hanna Dziatkowiak.

Antoni Dziatkowiak 12

Prof. Antoni Jan Dziatkowiak  z żoną prof. Hanną Dziatkowiak z domu Woch

Po studiach zaczął pracę w klinice prowadzonej przez docenta Jana Molla. W maju 1962 roku ambitny lekarz został doktorem. Dwa lata później wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Dlaczego? Jako jedyny spełniał wymagania strony zapraszającej.

 „Prof. Moll otrzymał propozycję (od prof. De Bakeya z Houston) stypendium szkoleniowego w kardiochirurgii dla młodego asystenta z Polski. (…) Dlaczego prof. Moll mnie zaproponował to stypendium? Mogę się tylko domyślać. W poznańskim zespole nie miał młodych zapaleńców z doktoratem. Ja byłem pierwszym doktorem medycyny w jego licznym zespole, a to był warunek formalny uzyskania stypendium w USA: doktorant, zdany certyfikat ECFMG (umożliwiający czynne szkolenie i wykonywanie operacji)i wiek poniżej 35 roku życia.”*

 Jak cię widzą, tak cię piszą. Aby nie odstawać od kolegów z Zachodu, nie dawać im powodów do przytyków i niewybrednych żartów,  stypendysta staranie przygotował się do wyjazdu, także od strony garderoby.

 „W czasie stażu w Houston miało miejsce bardzo zabawne zdarzenie związane z ubraniem. Idę w obchodzie lekarskim u doktora Georga Morrisa w szpitalu Metodystów w Houston w Teksasie. Prowadził ze sobą wielu lekarzy z całego świata, bo to była wówczas Mekka i Medyna chirurgii serca i naczyń. Podchodzimy do pacjenta po operacji tętniaka aorty brzusznej; był to właściciel pól i szybów naftowych oraz Texas Oil Co. Bardzo ważny gościu. Dr Morris przedstawiał mu więc stypendystów. Nadszedł czas na mnie. Mówię: „Czy Pan zgadnie skąd jestem?”. Ubrany byłem w pięknie skrojoną marynarkę w stylu brytyjskim, o co w Stanach się nie dba. Wymienił wszystkie kraje świata, tylko Polski nie wymienił. Moda go zmyliła! Jak to możliwe, z kraju komunistycznego, tak elegancko ubrany? Przed wyjazdem do USA przez rok się przygotowywałem, aby stosownie się prezentować.”**

Gdy wrócił, prof. Moll prowadził II Klinikę Kardiochirurgii w Łodzi. Zaproponował mu etat adiunkta. Dołączając do jego zespołu nie mógł przewidzieć, że wchodzi do historii polskiej medycyny. I ostatecznie odpycha się od biedy.

Żywe serce w dłoniach

3 grudnia 1967 rok – Christiaan Barnard pochyla się nad stołem operacyjnym. Sześciogodzinna operacja rozpocznie nową erę w medycynie. Przeszczepia serce, z którym pacjent przeżyje 18 dni. To rozpala wyobraźnię odważnych lekarzy. Profesor Jan Moll nie może przejść wobec tego osiągnięcia obojętnie. Trzynaście miesięcy później – 4 stycznia 1969 roku – staje przy stole operacyjnym w asyście Antoniego Jana Dziatkowiaka. W ruch idą narzędzia – wyjmują nieuleczalnie chore serce. W drugiej sali doc. Kazimierz Rybiński wycina z piersi zmarłej osoby zdrowe serce. Kilka godzin wytężonej pracy, nadziei i niepewności. Zabiło dla nowego gospodarza! Niestety, stanęło po 3 godzinach i 10 minutach. Radość zamieniła się w dojmujące poczucie klęski. Na profesora Molla i jego zespół spadło odium nienawiści ze wszystkich stron, w tym lekarskiej i naukowej. Groziło im nawet postępowanie prokuratorskie. Społeczeństwo nabrało fałszywego przekonania, że dawca żył, gdy wyjmowano mu serce, bo przecież ono wciąż biło w rękach lekarzy … Transplantacje serca w Polsce ustają na 18 lat. Nie wstrzymuje to jednak rozwoju kardiochirurgii. W 1979 roku docent Dziatkowiak przyjmuje propozycję rektora Tadeusza Popieli i zaczyna organizować obecną Klinikę Chirurgii Serca Naczyń i Transplantologii w Krakowie. W tym mieście dba się o odpowiedni wygląd.

„Rektor powiedział do mnie: „Panie Docencie, gdyby Pan potrzebował dobrego krawca, to jest tu mistrz Józef Turbasa”. Poszedłem do niego i się przedstawiłem. Przez 30 lat mnie obszywał. Gdy miał jakiś dobry materiał, a znał moje gusta, to dzwonił i mówił mi o tym. Przychodziłem do niego i rozmawialiśmy: o teatrze, literaturze, wydarzeniach politycznych w kraju i na świecie. Brał miarę niejako przy okazji… Miał tylko jedną wadę – szył wąskie rękawy. I ciągle mu przypominałem, że potrzebuje szerszych.”**

5 listopada 1985 roku ówczesny docent Zbigniew Religa przeprowadza drugie przeszczepienie serca w Polsce. Pacjent umiera, wybucha skandal. Chirurg nie poddaje się i choć to wydaje się prawie niemożliwe -przeprowadza następną operację. Medycyna stanęła wobec wielkiego wyzwania. Podjął je także docent Dziatkowiak.   

 „Nauczony doświadczeniem z pierwszego przeszczepu serca w Łodzi postanowiłem dobrze przygotować się w Krakowie do tego rodzaju operacji. A to oznaczało, że pierwszy przeszczep serca w Krakowie musi się udać! W przeciwnym razie możemy dużo stracić. Udany przeszczep był konieczny nie tylko z potrzeby ratowania nieuleczalnie chorego, ale z przyczyn medycznych i klinicznych (…) Przeszczepy narządów, a zwłaszcza serca, są medialnie nośnym, emocjonalnym czynnikiem tworzenia klimatu (dzisiejszy Public Relations) i prestiżu miasta, kliniki zespołu, jak i osoby przeszczepiającej. (…) W nocy z dnia 21/22 października 1988 roku (…) dokonałem pierwszego w Krakowie przeszczepienia serca”*

Pacjent przeżył. Pozostawał pod ścisłą kontrolą lekarzy. Pewnego razu profesor Dziatkowiak zapytał go o samopoczucie. Odpowiedź pacjenta Zygmunta Chwirota przeszła do anegdoty.

„Niedobrze panie doktorze. Mieszkam w wieżowcu na 10 piętrze i często wyłączają prąd. Po wejściu na 10 piętro bola mnie … nogi.” Żył w dobrej kondycji 13 lat od operacji.

Profesor Dziatkowiak wdrożył w Krakowie procedurę rutynowego przeszczepiania serca. A także, a może przede wszystkim, poświęcił dużo siły i czasu na edukację ludzi. Lekarzom udało się dotrzeć do nich z informacją, że człowiek może już nie żyć, ale jego serce (i inny narząd) wciąż może pracować i stać się ratunkiem dla kogoś ciężko chorego. Do przejścia na emeryturę przeszczepił 500 serc. Jest założycielem Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii COR AEGRUM.

Elegant z Mosiny

Profesor Antoni Jan Dziatkowiak jest dumny z tego, że został „Elegantem z Mosiny”. To wielkopolskie określenie kogoś, kto lubi się dobrze ubierać wynika z tradycji historycznej i zapisów nadających mu wiele znaczeń. W Mosinie stoi pomnik przedstawiający eleganta w starym stylu w kapeluszu i z laseczką w ręku. Na jego wzór wykonano statuetkę, którą przyznano profesorowi w 2000 roku z okazji 700-lecia Mosiny. Tytuł jest dla niego potwierdzeniem jego zamiłowania do schludności, elegancji i wyraża głębokie przekonanie o ich znaczeniu w życiu i pracy.

 „Lekarza można poznać po ubiorze. W małym mieście, gdzie wszyscy się znają, jest on  „kimś”, należy bowiem do elity tej miejscowości razem z: dyrektorem szkoły, proboszczem, aptekarzem, komendantem straży pożarnej itp. Zwłaszcza gdy jest zasiedziały i pracuje kilkadziesiąt lat, wszyscy go znają, bo wielu z nich odebrał przy porodzie. Jak więc mógłby być zaniedbany? W dużym mieście lekarz gubi się wśród tłumu, ale człowiek, który jest spostrzegawczy pozna kto jest przedstawicielem tego zawodu. Łatwo można rozpoznać chirurga, bo ma specyficzny sposób bycia, wiązania sznurowadeł i mycia rąk. Nie wyobrażam sobie, abym mógł, jako znany kardiochirurg, wyjść na ulicę zaniedbany. Jak wtedy świadczyłbym o sobie i swoim zawodzie?! Chirurga musi charakteryzować: schludność, elegancja, czystość, opanowanie gestów, precyzja ruchów, bo są to cechy świadczące o jego profesjonalizmie.”**

Antoni Dziatkowiak 15

Cytaty:

*  Antoni Jan Dziatkowiak, Serce i skalpel. Fascynacje i wspomnienia kardiochirurga, Kraków 2010

** Agnieszka L. Janas „Dandysi i dżentelmeni”, Sophisti Book, Warszawa 2016