Monika Dzienisiewicz-Olbrychska wspomnienia o modzie i z zadumą i z żartem

Udostępnij

Lata 50 i 60 w PRL-u to były trudne czasy dla tzw. „eleganckich” osób. W robotniczej Łodzi, dokąd przyjechało w poszukiwaniu pracy wielu prostych ludzi, miało to szczególnie nieprzyjemny charakter.  Każdy, kto chciał wyglądać inaczej, spotykał się z jawnie wyrażaną niechęcią, niewybrednymi komentarzami przechodniów. Wiele takich nieprzyjemności spotykało Maję Wachowiak, aktorkę łódzkiego teatru Powszechnego. Ubierała się dość ekscentrycznie, ale bardzo pięknie. Nosiła duże czarne kapelusze, czerwone peleryny. Tak ubrana właściwie nie mogła pokazać się na ulicy w Łodzi. Mnie nigdy nie dotknęły aż tak skrajne reakcje, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że się jakoś wyróżniam i że nie wszystkim się to podoba. Ale nie miało to dla mnie znaczenia.Potrzebę ładnego ubierania się wyniosłam z rodzinnego domu. Moja mama Maria była dość elegancką łódzką mieszczką z dobrego domu. Ubierała się klasycznie, ale potrafiła wyrazić strojem swoją indywidualność. Dla rozrywki batikowała tkaniny, tak jak Magdalena Samozwaniec, znana satyryczka i córka malarza Wojciecha Kossaka. Malowała tkaniny woskiem i wkładała do gorącej farby. Po wyschnięciu i usunięciu wosku na tkaninie zostawał piękny wzór. Mama była żoną „dyrektora” więc nie pracowała, zajmowała się domem i nami. Dlatego miała czas na takie pracochłonne hobby. Bardzo jej to ładnie wychodziło. Z tych batików szyła dla mnie i mojej siostry Teresy sukienki czy spódniczki. Bardzo szykowny był mój ojciec Antoni. Ubierał się we włoskim stylu, miał wiele swobody i wszystko potrafił nosić. Pamiętam jego piękne kaszmirowe płaszcze. Świetnie pachniał. Palił papierosy Pall Mall (wtedy!). Uwielbiałam otwierać jego szafę. Miała piękne drzwi wyłożone od środka palisandrem.  Wisiały tam: wełniane garnitury, wyprasowane koszule, jedwabne krawaty. Pamiętam wspaniałą jakość tkanin pod ręką, miękkość wełny, gładką powierzchnię jedwabiu. Lubiłam zapach szafy i ubrań ojca.

Byłam i jestem indywidualistką. Nie lubiłam być ubrana tak, jak wszyscy. Nie wynika to z tego, że chcę wyróżniać się na siłę, ale dlatego, że wyrażałam w ten sposób swój gust. W Łodzi w połowie lat 50. pojawiły się sklepy Telimeny z ubraniami projektowanymi przez panią Krystynę Depczyńską. To były naprawdę fajne rzeczy. Nie chodziłam w nich, bo na sama myśl, że mogłabym spotkać w towarzystwie dziewczynę ubraną tak samo, od razu robiło mi się słabo i odechciewało zakupów. Dlatego szyłam prawie wszystkie swoje ubrania. Głównie u krawcowej mojej mamy pani Komanowej. To była artystka w swoim fachu. Potrafiła zrealizować wszystko, co sobie wymyśliłam.  Wiele lat zamawiałam u niej  ubrania. Jeździłam do niej nawet wtedy, gdy mieszkałam i pracowałam w Warszawie.

Zawsze wiedziałam co lubię, czułam jakie wzory i kolory są dla mnie korzystne oraz które kroje pasują do mojej figury. To mój klucz do stylu i rozumienia mody. Czasem z tego powodu dochodziło między mną i panią Komanową do wymiany zdań, zwłaszcza, gdy miałyśmy inne pomysły na wykorzystanie przyniesionej przez mnie tkaniny. Jednak ja zawsze stawiałam na swoim i dobrze na tym wychodziłam. Pamiętam jak w połowie lat 60. XX w. szyłam u niej płaszcz redingote (jeden z najstarszych fasonów płaszcza, który powstał pod koniec XVIII w.; w damskiej wersji wzorowany był na męskim okryciu). Kupiłam na niego wełnianą tkaninę w szkocką kratę. A pani Komanowa spojrzała na nią i mówi: „Jak to redingote w szkocką kratę? Przecież z takiej tkaniny nie szyje się tego rodzaju płaszcza!”. A ja na to: „Ale dla mnie proszę uszyć z niej taki płaszcz”.  Był bardzo  piękny i oryginalny. Tak się nieraz sprzeczałyśmy, ale bardzo się lubiłyśmy i szanowałyśmy. Mówiła do mnie: „panno Moniczko, ja uwielbiam dla pani szyć, bo pani dobrze wie, czego chce”. Bardzo lubiłam jak zwracała się do mnie „panno Moniczko”. Robiła to nawet wtedy, gdy byłam już trzeci raz mężatką.

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska w płaszczu redingote w szkocka kratę. Początek lat 60. XX wieku. fot. Renata Pajchel

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska w płaszczu redingote w szkocką kratę. Początek lat 60.XX wieku. Fot. Renata Pajchel.  

Tkaniny trzeba było zdobyć. To było nieustające polowanie. Pamiętam jak pojechałam z teatrem do Berlina Wschodniego. Wówczas to miasto było dla nas synonimem pełnych półek w sklepie. Kupiłam tam piękny tweed, bo wymarzyłam sobie szary płaszczyk z kołnierzem z rudej norki. Był piękny i ciepły. Na szczęście w Polsce zaczęły działać komisy. Były wprawdzie szalenie drogie, ale można w nich było kupić zagraniczne buty, ubrania, tkaniny.

Gdy studiowałam w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi, czyli naszej Filmówce, bardzo chętnie nosiłam obfite spódnice i szerokie paski. Zakładałam do nich obcisłe bluzeczki. Miałam bardzo szczupłą talię. Słynęłam z niej. Jan Nowicki mówi o mnie, że miałam najszerszą spódnicę, najszerszy pas i najwęższą talię ze wszystkich dziewczyn z Filmówki.  Jednak w szkole nie rywalizowałyśmy ze sobą na kreacje. Nie potrzebowałyśmy eleganckich ubrań czy wymyślnych dodatków. W szkole panowała moda na zamierzoną nonszalancję, artystowski luz. Wtedy w Łodzi prawdziwym snobizmem było chodzenie do Filharmonii na koncert w piątki, nie w soboty. Na jej korytarzach poznałam Kubę Morgensterna, z którym przyjaźniłam się całe lata. Pamiętam, jak zrobił mi kiedyś zdjęcie na prośbę kolegi – reżysera Kazimierza Kutza, gdy ten szukał aktorki do filmu Andrzeja Wajdy. Miałam na nim spadający na oczy kosmyk grzywki. Napisał do mnie kartkę „dziewczynko ze ślicznym kosmykiem na twarzy, chciałbym dać Ci bukiet fiołków”.

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska. Fot. Zofia Nasierowska.

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska. Fot. Zofia Nasierowska.

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska. Fot. Zofia Nasierowska

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska. Fot. Zofia Nasierowska

Pomysły na ubrania czerpałam głównie z zagranicznych czasopism. Dzięki przyjaciółce miałam zamówioną we Francji tzw. „Elkę”, czyli miesięcznik Elle. Docierał do mnie co piąty numer, bo koperty z magazynem był kradzione na poczcie. Każdorazowo to, co widziałam w tym piśmie, było dla mnie inspiracją. Od połowy lat 50 rolę polskiego informatora o modzie pełniła Basia Hoff, która w 1954 roku zaczęła pisać do Przekroju. Poznałam ją dzięki jazzowi. Bardzo lubiłam jeździć np. na Jazz Jamboree z moim pierwszym mężem Wowo (Włodzimierzem) Bielickim.  Basia była już wtedy żoną Lolka Tyrmanda (od 1958 roku), pisarza,  wielbiciela i popularyzatora tej muzyki. Przyjaźniliśmy się.  Potem z Danielem wiele lat mieszkałam w ich mieszkaniu na warszawskim Mariensztacie.

Znaliśmy się wszyscy, bo to było dość wąskie i hermetyczne środowisko. Chodziliśmy razem na koncerty do Stodoły, studenckiego klubu w Warszawie, wyjeżdżaliśmy nad morze do modnych miejscowości np. Jastarni itp.  Basia Hoff zrobiła kiedyś kolekcję dla „Przekroju”, którą sfotografował Wojciech Plewiński. W sesji wzięłam udział ja, mój mąż Daniel oraz Grażyna Hase. Hitem tej kolekcji była czarna sukienka z kołnierzem z koronek z Koniakowa w kolorze écru. Basia specjalnie jeździła do tych pań, ludowych artystek, aby zamawiać u nich wykonanie różnych elementów do swoich projektów.

W tych latach moją najserdeczniejszą przyjaciółką była obecna ambasadorowa Włoch Magda Vento z domu Zelent. Gdy byłyśmy umówione razem na wyjście wieczorem to potrafiłyśmy w ciągu dnia stworzyć nowe, pasujące do siebie kreacje. Rano kupowałyśmy tkaniny i Magda siadała do maszyny. Wspaniale szyła. Wchodziłyśmy w nich razem i rwałyśmy wszystkie oczy. Zachowało się zdjęcie jednej z takich sukienek. Moja była w kolorze jasno-oranżowym, a jej w pastelowym różu. Od dekoltu szła biała falbanka do samego dołu kopertowej spódnicy do kolan. Magda była dla mnie inspiracją, obie lubiłyśmy modę, wymieniałyśmy się pomysłami. A te miałyśmy czasem dość ekscentryczne. Raz ubrałyśmy się w sukienki uszyte z takiej samej czarnej koronki, z tym, że każda miała inny krój. Za to miałyśmy jednakowe naszyjniki – wielkie krzyże ze sztucznych pereł. Zaszokowałyśmy wszystkich.

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska (w sukience uszytej przez  Magdę Vento) i Alicja Chmielewska-Kluba z psem Hamletem

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska (w sukience uszytej przez Magdę Vento) i Alicja Chmielewska-Kluba z psem Hamletem

Teraz Magda mieszka na stałe w Rzymie i Toskanii. Kiedy do niej przyjeżdżam to prowadzi mnie do takich sklepów, o których mało kto wie, a są tam prawdziwe skarby. Magda, gdy była w Waszyngtonie z mężem dyplomatą, uważana była za najelegantszą kobietę w korpusie dyplomatycznym.

W szkole średniej, chodziłam do Liceum Żeńskiego im. Janiny Czapczyńskiej (obecnie XII LO), zaprzyjaźniłam się z Alicją Chmielewską-Klubą. To była modna dziewczyna. Pierwsza przyszła do szkoły w szerokiej spódnicy. Została ona uszyta z beżowego sztruksu. Alicja zakładała do niej sweterek zapinany na guziczki pod szyję oraz „trumniaki”. Na zdjęciu, na którym ubrana jestem w ww. sukienkę uszytą przez Magdę Vento, towarzyszy nam mój pies Hamlet. Dostałam go od Wowo Bielickiego.  Jego imię to efekt żartu  pety i satyryka Antoniego Marianowicza. Na widok szczeniaczka wygłosił on parodię sławnego monologu: „wyć albo nie wyć”.

Ze światem dyplomacji wiąże się mój największy sukces modowy, jakim był występ na balu w pałacu w Jabłonnej na początku lat 60. Był on wydany przez Enrico Aillaud, ambasadora Włoch i szefa Korpusu Dyplomatycznego. Zostałam na nim uznana za najlepiej ubraną kobietę. Wszystkie ambasadorowe pytały mnie w jakim domu mody kupiłam kreację, którą – sama zaprojektowałam! Zainspirowało mnie zdjęcie Twiggy w welurowej sukience z szerokim pasem spiętym wielką, okrągłą klamrą.  Moja sukienka była jednak zdecydowanie wieczorowa. Jej cechą charakterystyczną był koronkowy kołnierz. Został wykonany z kupionej w komisie nylonowej koronki ufarbowanej w herbacie. Miał starannie powycinane brzegi. Ten zabieg dodał mu elegancji i klasy. Z czarnej welurowej spódnicy mojej mamy uszyta została góra. Dół, który pierwotnie również był spódnicą mojej mamy, był z jedwabnej mory. Sukienka miała długie, wąskie rękawy wykończone mankietami z tej samej koronki, co kołnierz. Miałam do tego szeroki pasek atłasowy zapięty na kupioną w pasmanterii okrągłą klamrę z perłowego plastiku. To ten element, od którego zaczęło się tworzenie ubrania.

Buty kupiłam w komisie. Były to czarne lakierki z ozdobą w formie przeźroczystego koła na podbiciu. Wyglądało to tak, jakby pasek i buty stanowiły komplet i pochodziły z tego samego sklepu! Tylko biżuterię miałam wówczas prawdziwą. Były to pamiątkowe, rodzinne kolczyki z szafirów okolonych brylancikami tzw. markizy. Były piękne. Niestety już ich nie mam. Zostały ukradzione z naszego mieszkania kilka lat później.

Strój na bal w Jabłonnej, a także wiele innych pięknych kreacji, uszyła mi Janka Chmielińska, fryzjerka z Teatru Ateneum, w którym wówczas występowałam. Odkryłam jej talent przypadkiem, w czasie rozmów w garderobie. Zorientowałam się, że potrafi szyć i namówiłam ją, aby zaczęła robić to dla mnie. Szyła wspaniale, czesała trochę gorzej.

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska. Fot. Zofia Nasierowska

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska. Fot. Zofia Nasierowska

Ślub brałam trzy razy. Ani razu nie miałam na sobie białej sukni!

Za Wowo (Włodzimierza) Bielickiego wyszłam w granatowym kostiumiku z bluzką ozdobioną haftem angielskim i białym żabotem. Nie za bardzo podobał mi się ten strój. Ale innym się podobałam.

Z Danielem Olbrychskim brałam ślub w prostej wełnianej sukience ze stójką. Była szeroka, została  uszyta ze skosu tkaniny. Założyłam na nią pelerynę wykonaną z tego samego materiału. Strój był w kolorze ugrowo-pomarańczowym Moje włosy mają naturalny rudy kolor w złotym odcieniu; zawsze noszę je w swoim prawdziwym kolorze (czasem tylko robię balejaż). Miałam też jasne piegi. Dlatego kolor sukienki był bardzo dobrze dobrany. U szewca Brunona Kamińskiego na Nowym Świecie w Warszawie zamówiłam pantofelki ozdobione paskiem na podbiciu zapinanym na perłowy okrągły guziczek. Był on bardzo starannie dobrany – miał beżowo-ugrowy kolor. Butyzostały zrobione z tego samego materiału co sukienka. 

Do trzeciego ślubu z Andrzejem Kopiczyńskim poszłam w granatowej sukience z wełnianej żorżety z długimi rękawami. Wykończona była białym atłasowym szalowym kołnierzem i atłasowymi mankietami. Wszystkie moje stroje ślubne były bardzo skromne. Teraz myślę, że dobrze, że nie robiłam kina z tych uroczystości.  

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska ze Zbigniewem Cybulskim, świadkiem na swoim ślubie z Wowo Bielickim. Fot. Archiwum prywatne

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska ze Zbigniewem Cybulskim, świadkiem na swoim ślubie z Wowo Bielickim. Fot. archiwum prywatne.

Monika Dzienisiewicz Olbrychska, Daniel Olbrychski oraz świadkowie aktor Tadeusz Łomnicki i bokser Leszek Drogosz na ślubie Moniki z danielem. Fot. archiwum prywatne.

Monika Dzienisiewicz Olbrychska, Daniel Olbrychski oraz świadkowie aktor Tadeusz Łomnicki i bokser Leszek Drogosz na ślubie Moniki z danielem. Fot. archiwum prywatne.

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska, Kalina Jędrusik. Daniel Olbrychski i Stanisław Dygat podczas ceremonii ślubnej Moniki i Daniela. Fot. archiwum prywatne.

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska, Kalina Jędrusik. Daniel Olbrychski i Stanisław Dygat podczas ceremonii ślubnej Moniki i Daniela. Fot. archiwum prywatne

Nadal interesuję się modą. W dzisiejszym sposobie ubierania się nie podoba mi się dziki snobizm celebrytek. Zamiast  włożyć trochę pracy w stworzenie własnego stylu, wolą pokazywać się w pożyczonych ubraniach. W efekcie wyglądają tak samo. Tymczasem dziś wszystko dostępne jest na wyciagnięcie ręki. Dobre i fajne rzeczy tak naprawdę wcale nie są takie drogie. Myślę, że stąd bierze się popularność blogerek.

Mój ulubiony styl? Trochę się zmienił. Widziałam niedawno film z Lauren Hutton. Aktorka miała na sobie spodnie, granatową marynarkę i szary sweterek, w który wplecione były błyszczące nitki. Pomyślałam, że to bardzo ciekawy pomysł. A przecież jeszcze niedawno uważałam, że taki sweter jest nieelegancki. Lauren Hutton pokazała, jak go nosić, aby miał klasę. Pasuje do dżinsów, białej bluzki koszulowej i dobrej marynarki o sportowym kroju. To klasyczny nowojorski styl, którego ozdobą jest właśnie ten błyszczący sweterek. Choć tzw. socjeta nowojorska najbardziej lubi kolor czarny. W takim stylu najczęściej się ubieram, więc pewnie poszukam takiego szarego swetra.

Nadal lubię ubrać się trochę inaczej, niebanalnie. Przykład? Trzy lata temu poszłam na przyjęcie w czarnym smokingu. Miałam na nim przerzucony przez ramię kołnierz z rudego lisa ufarbowanego prawie na czerwono. Pamiętam jak wszystkie kobiety stężały i omiotły mnie nieprzyjaznym wzrokiem. Nie dziwię się im. Basia Hoff powiedziała mi kiedyś największy komplement – „kiedy ty wchodzisz następuje wśród zebranych wyładowanie elektryczne”. Mój Boże – to było niestety dawno!

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska i Andrzej Kopiczyński. Fot. archiwum prywatne

Monika Dzienisiewicz-Olbrychska i Andrzej Kopiczyński. Fot. archiwum prywatne

Tekst i zdjęcia pochodzą z książki Agnieszka L. Janas „Elegantki. Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku”, wydawnictwo Bosz, Olszanica 2014.

Wszystkie prawa zastrzeżone.