Narodziny mody ulicy – Kraków lata 50 i 60. XX wieku

Udostępnij

Moda ulicy w Krakowie zaczęła się niemalże po zakończeniu działań wojennych. Stała się dla ludzi psychologiczną potrzebą pozwalającą  znieść koszmar II Wojny Światowej, przywracała nadzieję na lepsze jutro, gloryfikowała życie, które zaczęło się bujnie rozwijać. Ton nadawali wówczas młodzi przedstawiciele inteligencji krakowskiej, młodzież z dobrych domów z Kresów Wschodnich, która znalazła się w Krakowie jako repatrianci lub przyjechała z innych miast na studia na Uniwersytet Jagielloński oraz wracający żołnierze armii Andersa.

Barbara Hoff wspomina, że wśród młodych mężczyzn królowała wówczas moda na upodobnianie się strojem do żołnierzy Andersa. Wzorem mody męskiej w Krakowie w latach 50. stał się aktor Adam Pawlikowski (1925-1976).

Adam „Duduś” Pawlikowski (1925-1976) - aktor, kompozytor, krytyk filmowy, muzykolog. W 1947 roku wrócił do Polski z Zachodu, gdzie przez chwilę walczył w armii Andersa. Stworzył kreacje aktorskie u Andrzeja Wajdy w „Popiele i diamencie” w 1958 roku oraz rok później w „Lotnej” (kadr z filmu).

Adam „Duduś” Pawlikowski (1925-1976) – aktor, kompozytor, krytyk filmowy, muzykolog. W 1947 roku wrócił do Polski z Zachodu, gdzie przez chwilę walczył w armii Andersa. Stworzył kreacje aktorskie u Andrzeja Wajdy w „Popiele i diamencie” w 1958 roku oraz rok później w „Lotnej” (kadr z filmu).

„Adaś Pawlikowski, młody, dziko przystojny, szalenie modnie ostrzyżony pojawił się w Krakowie w post-angielskim mundurze. Wszyscy zwariowali. Wszystkie kobiety się w nim zakochały – od najmłodszych do najstarszych. Spodnie jak z wojska, khaki, ale niezbyt ciemne i battle dress stały się marzeniem wszystkich mężczyzn. Adaś wyglądał szykownie. Lata całe słuchałam opowieści o tym”**

Źródłem zaopatrzenia w modne ubrania były paczki otrzymywane przez krakowian od rodziny. Wykorzystywane były one we własnym zakresie lub sprzedawane np. na tandecie. Takie paczki wspomina Maria Jaroszek z domu Wojdat, mama Joanny Przetakiewicz, założycielki i dyrektor artystycznej marki La Mania.

Maria Jaroszek, for. archiwum domowe. Zdjęcie znajduje się z książce Agnieszka L. Janas "Elegantki. Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku", wyd. Bosz.

Maria Jaroszek, archiwum prywatne. Zdjęcie pochodzi z książki Agnieszka L. Janas „Elegantki. Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku”. Wyd. Bosz, Olszanica 2014 rok.

Mimo szarej rzeczywistości powojennej miałam bardzo ładną sukienkę do komunii z białej organdyny, zdobiły ją falbanki. Uszyta była z materiału, który został przysłany w paczce ze Stanów Zjednoczonych. Dostałam też do niej piękne, białe skórzane buciki. Mieliśmy w Stanach Zjednoczonych ciocię Anielę Piasecką, krewną ze strony mamy. W dzieciństwie miałam wiele wspaniałych rzeczy przesłanych przez ciocię, które ukształtowały moje myślenie o ubraniach, jakości, stylu. Paczki od cioci Neli pięknie pachniały. Do dziś pamiętam ten zapach. Pamiętam też,  jak z radosnym oczekiwaniem otwieraliśmy pudełka. Czego w nich nie było! Całe kupony wspaniałych tkanin, słodycze, kosmetyki, bielizna. Boże, jaka to była piękna bielizna. Jak patrzę na tę dzisiejszą, to widzę, że tamta była znacznie ładniejsza, w lepszym gatunku, staranniej wykonana. Ciocia miałam gest, wkładała do paczek tyle materiałów, że starczyłoby  do obszycia dużo większej rodziny niż nasza.” *

Nieprzebranym i nieocenionym źródłem zachodnich strojów byli górale, którzy mieli ich stałą dostawę w paczkach od rodziny z Ameryki. Ponieważ sami nie nosili tych ubrań – sprzedawali je na straganach w Nowym Targu. W amerykańskim stylu szczególnie chętnie ubierali się studenci. Jednak ustrój komunistyczny, dla którego zachodnia moda, muzyka czy pop-kultura była naturalnym wrogiem tępił gorliwie chłopców i dziewczęta w takich strojach. Trzeba było najpierw dużo sprytu, aby je zdobyć, a następnie odwagi, aby wyjść w nich na ulicę. Tamte czasy wspomina Andrzej Bohdanowicz zwany „Koniem” (ur. 1932 rok).  Kiedy w połowie lat 50. studiował na Filologii Rosyjskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim jego środowisko ubierało się w ubrania kupowane od górali. Nosili marynarki z rozcięciem z tyłu, spodnie z dobrej gatunkowo wełny czy dżinsy (jego ulubioną marką była najrzadsza wówczas w kraju „Lee”). Biczem na niepokornych były w tym czasie wydziałowe  komisje dyscyplinarne, ale najstraszniejsza była komisja rektorska, która w ponad 90 proc. wyrzucała z uczelni wezwanych przed siebie. Strach padł na „Konia”, gdy usłyszał, że ma się stawić przed jej obliczem. Poszedł z przekonaniem, że go wyleją, ale nie wiedział za co: pochodził z dobrego domu z Wileńszczyzny, był zesłany na Syberię, gdy miał 8 lat – nie ukrywał wrogości do partii. Mało tego – jako jeden z nielicznych nie należał do ZMP. Okazało się jednak, że poszło o jego ubrania. Które w niczym nie przypominały obowiązującego wzorca.

Członkowie ZMP – Związku Młodzieży Polskiej, komunistycznej organizacji młodzieżowej działającej w latach 1948-1957. Przynależność do niej była obowiązkowa.

Członkowie ZMP – Związku Młodzieży Polskiej, komunistycznej organizacji młodzieżowej działającej w latach 1948-1957. Przynależność do niej była obowiązkowa.

„- Kolego, odwróćcie się do nas tyłem … Co wy nosicie! Co oznacza to rozcięcie w marynarce, dlaczego nie ubieracie się tak jak wszyscy przyzwoici studenci w Miejskim Domu Handlowym?

W życiu nie włożyłbym szarych garniturów z MHD. Były one niekształtne i uszyte ze słabej tkaniny – wełny „60”. Każdy chłopak, który poszedł w czymś takim na zabawę cały czas musiał stać. Gdyby bowiem usiadł garnitur strasznie by się pogniótł.

Nagle … Poczułem, że mogę się wywinąć.

- Jestem sierotą, który utrzymuje się wyłącznie ze stypendium tj.260 zł. MUSZĘ więc ubierać się w te używane ubrania. Nie stać mnie na nowe, porządne rzeczy. Wstydzę się i brzydzę, ale co mogę zrobić innego?

Kazali mi wyjść i zaczekać. Po chwili mnie zawołali i oświadczyli, że uczelnia ma specjalny fundusz na pomoc socjalną dla sierot. I mi się z tego funduszu należy wypłata. Kilka dni potem z kwestury odebrałem 2 tys. zł! Od razu pojechałem na ciuchy do Nowego Targu. Pieniędzy starczyło na 5 marynarek i wczasy z dziewczyną w Sopocie” **

W latach 50. I 60. XX wieku pracownie krawieckie były jednym z ośrodków informacji o aktualnych trendach. Prezentowały je pisma branżowe, w których znajdowały się  informacje na temat wydarzeń zagranicznych, pokazów mody np. Mody Polskiej, rysunki żurnalowe najmodniejszych ubrań oraz ich wykroje.

001 011 012 014 017

Doskonałych pracowni krawieckich nie brakowało w Krakowie w tym sławnego Józefa Turbasę przy ulicy Św. Gertrudy, ojca nie mniej znanego Jerzego Turbasy. Legendarna w Polsce jakość pracy krakowskich krawców wynikała ze sposobu kształcenia adeptów igły i nożyc oraz wielowiekowej, nieprzerwanej tradycji. Zanim Józef Turbasa  usamodzielnił się miał praktyki u najlepszych krawców w Krakowie. Wysoki poziom tego rzemiosła tworzyli m.in. Kazimierz Burda, który miał pracownię na Rynku oraz Józef Kafel. Gdy mistrz Turbasa otworzył swoją pracownię jego talent sprawił, że szybko dołączył do elity krawców krakowskich. Spotykała się oni w każdą w niedzielę koło godziny 11 w „Feniksie”, na rogu Rynku i Św. Jana, na I piętrze. Jerzy Turbasa tak wspomina

„Siadali zawsze przy panoramicznym oknie z pięknym widokiem na linię AB (między ulicą Floriańską a Sławkowską), czyli na jego najlepszą pierzeję. To było krakowskie corso mody. Tu oddychało się elegancją. Demonstracja szyku prezentowana na kontrastującym tle zakurzonego chodnika i zszarzałych spękanych tynków elewacji kamienic. Tu nosiło się najnowsze stroje, chwaliło się. Tu przychodził każdy, kto chciał się pokazać. Tu były najlepsze kawiarnie. Siedząc przy „małej czarnej” krawcy mieli od razu widok na to, co wyszło spod ich igły. Dla mnie to była czarna magia, ale oni odróżniali, co kto zrobił, bezbłędnie poznawali garnitury mojego Ojca.”**

Zapotrzebowanie na pracę krawców w Krakowie było ogromne, bo gotowa konfekcja była atrakcyjna jak płyta chodnikowa, a szyta jak przez tapicerów. Jednak, aby zaistnieć w Krakowie trzeba było mieć – jak mówią Francuzi – sześć palców u prawej ręki. I Józef Turbasa miał te „sześć palców”. Pierre Cardin próbował ściągnąć go do Paryża. Zaproponował objęcie stanowiska pierwszego krojczego w jego domu mody. Józef Turbasa działał w Armii Krajowej, w tych czasach takie osoby nie otrzymywały paszportów, nie mówiąc o wyjeździe z całą rodziną. Postanowił, że skoro on nie może wyjechać w świat, to świat będzie zjeżdżał do niego. I klienci zjeżdżali! Ze wszystkich kontynentów, no poza Antarktydą.  

Moda ulicy w interpretacji Józefa Turbasy szczególnie pięknie widoczna jest na zdjęciach jego synów. Precyzja wykonania ubrań jest tak nawykła, że można rzec żartem, że dłużej kochający ojciec szył ubrania niż szybko rosnące dzieci w je nosiły.

Jerzy Turbasa z bratem na ulicy Krakowa w płaszczach dwurzędowych uszytych przez ich Ojca Józefa Turbasę. Jerzy Turbasa z bratem na ulicy Krakowa w płaszczach dwurzędowych uszytych przez ich Ojca Józefa Turbasę.

Na dwóch zdjęciach powyżej – Jerzy Turbasa z bratem na ulicy Krakowa w płaszczach dwurzędowych uszytych przez ich Ojca Józefa Turbasę. Fotografie z archiwum rodzinnego znajdują się w książce: Agnieszka L. Janas „Dandysi i dżentelmeni” , wyd. Sophisti Books, Warszawa 2016 rok.

28 II 2013 krakowski  Dziennik Polski, opublikował, galerię 17 wielkich krakowian, którzy najpełniej wpisali się w powojenne dzieje miasta. Wśród takich osobistości jak: Jan Paweł II, Wisława Szymborska, Sławomir Mrożek, Stanisław Lem, Tadeusz Kantor, Ewa Demarczyk, Piotr Skrzynecki znalazł się Józef Turbasa**

W Krakowie powstała charakterystyczny dla tego miasta styl z wielkim naciskiem na jakość, a nie natychmiastowy efekt.

 „Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, to zauważyłam bardzo dużą różnicę między  ulicą Warszawy, a Krakowa. Moda była taka sama, ale kobiety inaczej ją interpretowały. W Krakowie była mniej efektowna, ale solidniejsza. Ubrania były szyte z lepszej jakości tkanin, staranniej. Nawet torebki wyglądały inaczej – kuferki miały lepsze rączki, a buty – zdecydowanie ładniejsze. W Krakowie, tuż przed przeprowadzką do Warszawy, kupiłam przepiękny płaszcz. Usłyszałam w nim wiele komplementów. Jak wyglądał? Był prosty w kolorze czerwonego wina z małym pęknięciem z tyłu. Ozdabiały go wielkie czarne guziki oraz szal z czarnego misia. Dobrze go zapamiętałam – w tym szalu sfotografował mnie wielki fotografik Edward Hartwig. Wyróżniałam się w nim na ulicy. To było miłe, ale czasem krepujące. Kiedyś szłam ubrana w niego w Krakowie. Zaczepił mnie dziad na Plantach: „Pani mi musi dać więcej pieniędzy, bo pani taka elegancka.”*

Źródła cytatów i zdjęć:

*   Agnieszka L. Janas „Elegantki. Moda ulicy lat 50. I 60. XX wieku”, wydawnictwo Bosz, Olszanica 2014

**Agnieszka L. Janas „Dandysi i Dżentelmeni”, Sophisti Books, Warszawa 2016